Gruba krecha włazi wszędzie

Gzyra Bios Amigos (3)

Chciałbym kiedyś, wchodząc do księgarni, móc widzieć regał o nazwie „animal studies”, a na nim przedruki wszystkich tych książek, po których przeczytaniu mam ciarki. Chciałbym umrzeć pod takim regałem – Dariusz Gzyra, działacz społeczny i publicysta, opowiada Gabrieli Jarzębowskiej o ślepej plamce moralnej postępowych ruchów społecznych, podbieraniu jajek szczęśliwym kurom i konieczności współpracy z katolikami.

 

Gabriela Jarzębowska: Kiedy ostatnio jadłeś zwierzę?

Dariusz Gzyra: Zwierzę, czyli jego ciało, wydzielinę?

GJ: Zacznijmy od ciała.

DG: Jakieś 23 lata temu.

GJ: A inne substancje pochodzące od zwierząt?

DG: Około 16 lat temu. 1999 rok to był dla mnie czas przejścia na weganizm.

GJ: Ciężkie czasy dla wegan. Jak to wspominasz?

DG: Nie najgorzej. Lubię sytuacje przełomu, robienia czegoś, co mało kto robi. Zawsze dobrze się czułem w takiej roli. Jestem dosyć odporny. Jeśli mam jakiś przekonanie to je niosę i staram się go bronić. To prawda – życie nie było wtedy łatwe dla wegan, ale bez przesady. Nie wspominam tego jako jakiejś ekstremalnie trudnej sytuacji społecznej. Rozumiem, że ludzie są różni i że wielu z nich może być z różnych przyczyn ciężko zmienić przyzwyczajenia żywieniowe, szanuję to, ale jednak jeśli ktoś dzisiaj mówi że jest mu trudno przejść na weganizm, to powinien odbyć wirtualną podróż w lata 90. Powinni ją też odbyć wszyscy, którzy twierdzą, że promocja weganizmu jest skazana na niepowodzenie. Przestać zabiegać o weganizm w momencie, kiedy wreszcie widać efekty naszej wspólnej pracy, to dla mnie bardzo dziwny pomysł, z którym czasem niestety się spotykam.

GJ: No właśnie – różnice są ogromne. Kiedy ja zaczynałam odstawiać mięso 13 lat temu, jedyną opcją w sklepach były gotowe kotlety sojowe w kostce, a w knajpach – pierogi ruskie lub surówka z ziemniakami, oczywiście obowiązkowo okraszonymi słoniną. Miałam wtedy jedną znajomą wegankę i to było dla mnie jakieś niezrozumiałe ekstremum. Dzisiaj w większych miastach mamy coraz więcej wegańskich knajp…

DG: …w samej Warszawie ponad 20, nie licząc wegetariańskich…

GJ. …a do tego najpopularniejsze blogi kulinarne poświęcone są kuchni roślinnej, na uczelnie wkradają się animal studies, pojawia się coraz więcej publikacji dotyczących etycznego traktowania zwierząt, także w wysokonakładowych mediach. Mam wrażenie, że w ostatnich kilku latach osiągnęliśmy w Polsce jakiś przełom, może nawet masę krytyczną. Głęboka zmiana świadomości, zasysanie wzorców kulturowych z Zachodu, moda? A może wszystko naraz?

Gzyra Bios Amigos (1)
Wbrew stereotypom dieta wegańska to nie tylko sałata. Na zdjęciach potrawy przygotowane przez uczestników cyklu warsztatów Republika Bios Amigos


DG:
Naprawdę chciałbym wierzyć, że to efekt naszej ciężkiej pracy przez te wszystkie lata – tego, co robiliśmy mówiąc o zwierzętach i weganizmie w mediach, zarażając aktywizmem i przygotowując grunt pod kolejne inicjatywy. I z pewnością część zjawisk, o których mówisz, jest efektem tych działań. Ale część jest na pewno odbiciem tego, co się dzieje na Zachodzie. Tak jest w przypadku studiów nad zwierzętami. W wysokorozwiniętych społeczeństwach można też obserwować wyraźny trend zwiększania się liczby wegan i weganek. Wegetarianie i ci, którzy ograniczają jedzenie mięsa, również są liczniejsi. Moda? Na pewno też. Chadzam do wegańskich knajp w Warszawie i widzę kto tam przychodzi – również ci, który jedzą mięso, ale jednocześnie fajnie jest dla nich zjeść coś wegańskiego od czasu do czasu. Niech tak będzie. Jeśli im to smakuje, to może z czasem zwiększą częstotliwość jedzenia takich potraw. Sam fakt ich jedzenia może im pomóc w przychylnym nastawieniu do weganizmu. A gdzieś w tym wszystkim jest też zwiększenie świadomości etycznej tego, kim są zwierzęta. Jest coraz więcej literatury na ten temat, dużo więcej się o tym mówi w mediach. Animal studies mają tu rolę nie do przecenienia, bo oprócz naukowców, których autorytetu potrzebujemy, trafiają do młodych ludzi, studentek i studentów, którzy dopiero się kształtują. Edukacja może znieczulać lub uwrażliwiać. Można badać zwierzęta jak obiekty biologiczne, albo jako kogoś podatnego na krzywdę, kto jest częścią kultury. Animal studies – tak jak ja je widzę – powinny zawsze patrzeć na badania przez pryzmat etyki. Zwierzętom należy się zainteresowanie wielu dziedzin nauki, są tego warte, ale chciałbym, żeby etyka miała prymat.

GJ: Animal studies to jedno, ale zmienia się też postrzeganie zwierząt w obrębie Kościoła. Mam oczywiście na myśli nauczanie papieża Franciszka, które zrobiło już sporo fermentu wewnątrz tej instytucji. Wprawdzie jego najnowsza, „ekologiczna” encyklika Laudato si akurat na zwierzętach mocno się nie skupia, ale ten nowy sposób myślenia, podważający brutalną dominację człowieka nad światem, jest w Kościele absolutnym przełomem. W swoim ostatnim artykule przywołujesz zdanie Petera Singera, że zgodnie z tą logiką kolejny papież powinien być weganinem.

DG: Singer chyba trochę ironizował, bo wie, że tak łatwo nie będzie…

GJ: A Ty jak myślisz?

DG: Nie wiem, czy akurat z logiki Laudato si wynikałby weganizm. To jest trochę inna logika, bardziej związana z myśleniem ekologicznym, dbałością o bioróżnorodność. Papieska etyka to etyka środowiskowa, tam się bardziej mówi o gatunkach, a nie jednostkach. I o tym jak wykorzystywać zwierzęta, a nie czy to robić. Ale cieszę się z tego, że taki tekst powstał i jest publicznie komentowany. Słuchać oczywiście również głosy, że papież powiedział za mało. Same zwierzęta z pewnością tak by oceniły jego słowa. Ale co niby miał powiedzieć? „Go vegan”? To jest przecież niemożliwe, biorąc pod uwagę, kim jest, w jakie dogmaty jest uwikłany, jaki niesie na sobie garb instytucji Kościoła, który przecież w kilku innych aspektach był i jest instytucją opresyjną i zachowawczą. Taka instytucja nie wyprodukuje – ani dziś, ani jutro – papieża-weganina. Ale prawdopodobieństwo wyprodukowania go w przyszłości zwiększa się po tej encyklice. Bo są w niej takie stwierdzenia, które, gdyby je rozwinąć i odpowiednio zinterpretować, mogłyby się przełożyć na daleko idące postulaty, które musiałyby nieść za sobą jakąś praktykę. Jeśli papież mówi, że zwierzęta mają wartość niezależną od stopnia użyteczności dla ludzi, to wierni tej religii mogliby dzięki temu się dowiedzieć, że na przykład wartość krowy jest niezależna od tego, ile ci „da” mleka. Że to zwierzę jest kimś, podmiotem, któremu może być zimno lub ciepło, który może być zadowolony lub cierpieć, któremu nie jest wszystko jedno. Jeśli papież podkreśla sprzeciw wobec niepotrzebnego cierpienia, to naszą rolą jest wskazywać, że niepotrzebne jest więcej niż się kościołowi w tej chwili wydaje. Jednak żeby podobne stwierdzenia z encykliki, której prawie nikt nie przeczyta, przełożyły się na praktykę, trzeba pośredników, zrozumienia w samym Kościele.

Gzyra Bios Amigos (5)
źródło: www.thedailybeast.com


GJ: Biorąc pod uwagę, że pierwszy krok został już zrobiony, czy widzisz możliwość sojuszu między otwartymi środowiskami katolickimi a aktywistami prozwierzęcymi, który miałby na celu promowanie nowej etyki idei wśród katolików?

DG: Widzę taką możliwość, a nawet konieczność. Są dwie drogi: kontestować szowinizm gatunkowy w pakiecie z totalną kontestacją katolicyzmu, licząc na jego upadek, albo próbować wykorzystać autorytet Kościoła – bo wciąż go ma wśród wielu ludzi – wpływając na jego przekaz, aby był coraz przychylniejszy zwierzętom. Jeśli wybierzemy tę drugą drogę musimy jednak pamiętać, że Kościół będzie się zmieniał bardzo powoli. Oczekując zmiany trzeba więc mieć do niego ogromną ilość cierpliwości. Traktować go trochę jak ociężałego stwora, który nie za bardzo chce iść do przodu, ale – z braku lepszego wyjścia – trzeba go pogłaskać po tej siwej głowie i zachęcić: „dobrze, dobrze, dalej!” – nawet jeśli na początku robi to bardzo nieporadnie. Nie wyklucza to jego krytyki, kiedy na nią zasługuje. Zachęcałbym po prostu do realizmu i możliwie obiektywnego spojrzenia.

To, co zrobił Franciszek, to wzięcie niszowego nurtu myślenia z myśli chrześcijańskiej, jakim był do tej pory ekologiczny franciszkanizm, i wsadzenie go do mainstreamu. To jest ważny gest, dlatego ja to doceniam – jako ateista i osoba skłócona z Kościołem w wielu kwestiach społecznych. Choć naprawdę warto pamiętać, że to jest język ekologiczny, a nie język praw zwierząt i warto wyartykułować również krytykę tego języka.

GJ: Richard Bulliet w książce „Hunters, herders and hamburgers” pisze o trzech etapach rozwoju ludzkości, naznaczonych różnymi sposobami relacji człowieka ze zwierzętami – era przed udomowieniem, epoka udomowienia i współczesne czasy po udomowieniu, kiedy poza domowymi „pets” nie mamy już w zasadzie kontaktu z innymi gatunkami. Ich życie i śmierć są dla nas abstrakcyjne, podobnie jak to, że hamburger, który zjadamy, był kiedyś żywą istotą. Tą współczesną epokę cechują, zdaniem Bullieta, znaczące paradoksy – z jednej strony psychiczne odcięcie od okrucieństwa wobec zwierząt zabijanych poza naszym wzrokiem, z drugiej strony – rozwój teorii praw zwierząt i weganizmu, które w tradycyjnych, „udomowieniowych” społeczeństwach byłyby nie do pomyślenia.

I tu dochodzimy do zasadniczego paradoksu. Mówi się, że gdyby rzeźnie miały szklane ściany, wszyscy byliby wegetarianami. Ale przecież w tradycyjnych, wiejskich społecznościach wegetarianizm, a tym bardziej weganizm, praktycznie nie istnieje. Na weganizm przechodzą zazwyczaj ludzie z miasta, którzy zarzynania świni nigdy nie widzieli na oczy. Jak wyjaśnisz to zjawisko?

DG: Myślę, że w ludziach w mniejszym lub większym stopniu trwa walka między odruchami empatii, współczucia a pragmatyką życia oraz tradycją, w jakiej człowiek jest wychowany. No i tendencjami niszczycielskimi. Nie jesteśmy z natury dobrzy albo źli, tylko mamy potencjał bycia takimi, w obie strony. Mówiąc niedzisiejszym językiem, w ludziach jest pierwiastek dobra wobec zwierząt i jest walec kultury, zwykle bardzo szowinistycznej i de facto zniewalającej. Ludzie mogą brzydzić się zabijaniem, uważać je za złe, ale zarazem konieczne. A jeśli uważasz coś za konieczne to kończy się moralność – bo ona polega na wyborze. Jeśli nie masz wyboru, jesteś usprawiedliwiona. Możesz zabić.

Teraz ludzie sami nie zabijają, tylko korzystają z pośredników, co jest chyba jeszcze bardziej obrzydliwe. Wynajmują „płatnych morderców” – mówiąc mocnym językiem – którzy za nich zrobią tę brudną robotę. Czy to, że widzieliby oczy tych zwierząt, by coś pomogło? Myślę, że w wielu przypadkach tak, ale nie jest to uniwersalna recepta. Kontakt między „pets” a człowiekiem też polega na spojrzeniu, bliskim, cielesnym współbyciu w jednej przestrzeni, wymianie emocji. Dla wielu ludzi jest to źródło zrozumienia podmiotowości zwierząt i powód troski o nie, ale dla innych nie. Tak zwane zwierzęta towarzyszące, pomimo że są wybrańcami, też są ofiarami ludzi, na wiele różnych sposobów.

Na pewno nieznajomość ofiary ułatwia eksploatację. Podobnie to wygląda w przypadku eksterminacji ludzi – gdy chcesz kogoś zabić, najłatwiej oddalić go od siebie, stworzyć dystans między katem a ofiarą. Ubierasz ludzi w pasiaki, żeby wyglądali jak jeden „nikt”, tatuujesz im numery zamiast imion, odzierasz ich ze wszystkiego, co indywidualne, co mogłoby ci uświadomić, że robisz źle. Te same techniki stosowane są w przypadku chowu zwierząt.

Gzyra Bios Amigos (4)
fot. Dariusz Gzyra


GJ: Wszystko prawda, ale to nadal nie wyjaśnia, dlaczego na wsi nie ma wegetarian. Przecież tam właśnie kontakt ludzi ze zwierzętami jest największy.
Tymczasem teoria praw zwierząt i wegański aktywizm powstały w wysokorozwiniętych, miejskich społeczeństwach Zachodu, w społeczeństwach tradycyjnych te zjawiska nie istnieją (poza niektórymi tabu religijnymi, typu hinduizm, ale one zazwyczaj mają nieco inną podstawę). Choć ludzie na co dzień patrzą zwierzętom w oczy, żyją razem z nimi, to nie mają problemu z podcięciem im gardła.

DG: Nie ma tam komunikatu, że można żyć inaczej, ludzie nie rozumieją, że mają lepszy wybór. Więcej: że to w ogóle jest sprawa wyboru. Najlepszym komunikatem dla innych jest drugi człowiek. Przykład innych, najlepiej podobnych do nich samych, z tego samego środowiska. Brakuje takich ludzi. Jest za to wszechobecna tradycja, cały system nawyków i wiele czynników, które normalizują eksploatację zwierząt. Jest zatrważająco spójny głos wszystkich autorytetów, który wyraża przyzwolenie na wykorzystywanie zwierząt. To samo mówią ksiądz, lokalna władza, nauczyciele, rodzice, dziadkowie. Kontestacja tradycyjnych wartości nie jest w cenie, natomiast opinia innych liczy się bardzo.

Środowiska miejskie, szczególnie większych miast, są bardziej różnorodne i otwarte. W Polsce liczba wegetarian, wegan i tych, którzy mocno ograniczają mięso w diecie, to około 7 procent. Wciąż jednak to wyraźna mniejszość. Wykształcenie jest jednym z czynników, które pomagają w pozytywnym stosunku do zwierząt, także wiek – niższy. No i płeć – żeńska.

W ogóle, wszyscy mamy wbudowanych sporo paskudnych mechanizmów psychologicznych, które czynią nas apatycznymi, zautomatyzowanymi, obojętnymi, wygodnickimi i znieczulonymi na krzywdę innych. U Jamesa Serpella czy Melanie Joy możemy znaleźć długie listy tych mechanizmów. Każdy, kto projektuje zmianę społeczną, powinien je znać. Na pewno nie wystarczy pokazanie ofiary.

GJ: Moja koleżanka hoduje kury…

DG: I podbiera im jajka?

GJ: Podbiera. Oprócz tego jest wegetarianką, kury są dla niej oczkiem w głowie, takimi „pets” właśnie. Mają komfortowy kurnik, chodzą po ogrodzie, grzebią, wyglądają na szczęśliwe. Będą u niej aż do naturalnej śmierci. Uważasz, że korzystanie z ich jajek jest w tej sytuacji niemoralne?

DG: Jest kontrowersyjne. Ja bym tego nie zrobił. Bo gdyby każdy chciał korzystać z takich jajek, skończylibyśmy w tym samym punkcie, gdzie jesteśmy.

GJ: Chyba że każdy hodowałby sobie własną kurę.

DG: Coraz więcej ludzi mieszka w miastach. Nie ma możliwości, żeby każdy hodował własną kurę tylko po to, żeby co jakiś czas wziąć od niej jajko.

GJ: Raz w tygodniu, albo i częściej.

DG: To niewiele.

GJ: Zależy dla kogo.

DG: To już raczej jako dodatek, nawet przyprawa, a nie pożywienie. Pytanie brzmi: czy dla czegoś niekoniecznego warto organizować takie przedsięwzięcie, które potencjalnie może być kłopotliwe? Bo w ten sposób generujemy popyt, a generując popyt, zbliżamy się do hodowli przemysłowej. Już raz tak to się właśnie skończyło. Przecież kiedyś, gdy popyt nie był duży, ludzie starali się hodować zwierzęta w taki właśnie idylliczny sposób, jak opisujesz. Chciałbym też wiedzieć co twoja koleżanka robi z kogutami.

GJ: Nie taki znowu idylliczny – dawniej w końcu skracało się kurę o głowę i lądowała w rosole.

DG: Oczywiście, chociaż pewnie jedni to robili, inni nie. Ale z czasem ludzi było coraz więcej, a jajka były smaczne i pożywne, no i ciasto się lepiej lepiło. Więc potrzeba ich było coraz więcej i więcej. A więcej jajek to więcej kur, stłoczonych na coraz mniejszej przestrzeni. Uprzemysłowienie, utowarowienie. I masowe zabijanie męskiego potomstwa. I nie ma śladu po idylli.

Gzyra Bios Amigos (6)
Kury z chowu wolonowybiegowego. Sytuacja tych stłoczonych w klatkach jest jeszcze gorsza. źródło: Wikipedia


GJ: A ja sobie wyobrażam taki etyczny układ wzajemnej współpracy między ludźmi a kurami: wy nam jajka, my wam schronienie i pożywienie. Jeśli uznamy, że jajko jest produktem luksusowym, reglamentowanym, to być może taka relacja byłaby możliwa. Potrafisz sobie coś takiego wyobrazić?

DG: Potrafię, jeśli nie byłoby to związane z krzywdą zwierzęcia. Chociaż nie na tej zasadzie, że na schronienie i pożywienie kura musi sobie zasłużyć. Poza tym, w przełożeniu na miliony osób mieszkających w naszym kraju to musiałoby wyglądać tak, ze jednak w większości ludzie są weganami albo prawie weganami, jedzącymi jajka raz w miesiącu. Trochę bujamy w obłokach, przyznaj. Wymyślamy skomplikowany scenariusz tylko po to, żeby desperacko udowodnić, że korzystanie z produktów zwierzęcych może być dopuszczalne. Rozsądniej byłoby postawić na technologie i receptury mogące przynieść tanie zamienniki jajek.

GJ: Próba przekonania całej ludzkości do przejścia na weganizm też jest bujaniem w obłokach.

DG: Absolutnie. Ale dążenie do zwiększania ilości wegan na świecie nim nie jest. Tak się już dzieje. W roku 2000 ilość wegetarian w Polsce była w granicach błędu statystycznego, o wegan nawet nie pytano. A dzisiaj, jak wspominałem, razem z tymi, którzy są prawie wegetarianami, to około 7 procent, jeśli wierzyć badaniom. Więc zmiana jest ogromna. Co ciekawe, liczba wegetarian i wegan w Polsce jest podobna, po około pół miliona. Ponad milion osób w Polsce znacznie ogranicza jedzenie mięsa. To też jest bardzo ważna postawa, za którą bym nie karcił, tylko chwalił, coś jak w przypadku Kościoła. Choć niespójna i niekonsekwentna, to jednak istotna z punktu widzenia tworzenia zapotrzebowania rynkowego i wypracowania nawyków.

GJ: A wracając do aktywizmu. Co jest Twoim zdaniem lepszą strategią: koncentracja na samych zwierzętach, czy włączanie problematyki wyzwolenia zwierząt w inne narracje emancypacyjne, jak to robią na przykład krytyczne studia nad zwierzętami, łącząc walkę o prawa zwierząt z walką z rasizmem czy dyskryminacją kobiet?

DG: To nawet nie jest kwestia oceny, tylko faktów, że różne opresje się zazębiają, metody i motywy tych opresji są podobne. Byłoby więc dziwne, gdyby poszczególne grupy zajmujące się daną opresją nie widziały przez analogię innych mechanizmów w nie swoim obszarze, np. gdyby feministki gremialnie nie dostrzegały wykorzystywania zwierząt – choć nadal jest dla mnie dziwne, że tak mało to widzą. Albo ruch pracowniczy, który postrzega się jako inicjatywana rzecz osób pokrzywdzonych, prawie nie ma styczności z ruchem prozwierzęcym. Choć przecież łatwo o analogie. Obawiam się, że postępowe ruchy społeczne, działające na rzecz ludzi, często mają ślepą plamkę moralną tam, gdzie mają ją środowiska konserwatywne. Gruba krecha na linii człowiek-zwierzę włazi wszędzie.

Gzyra Bios Amigos (2)
Źródło: https://stopanimalexploitation.wordpress.com


GJ: Praca ludzi, praca zwierząt – i związane z tym nadużycia. Ale porównanie do zwierząt większość pracowników pewnie by oburzyło.

DG: Niestety tak. W drugą stronę jest lepiej – weganie i weganki czy ogólnie ludzie zainteresowani działaniem dla zwierząt częściej widzą formy wykorzystywania ludzi z dyskryminowanych grup. Ale twoje pytanie było inne: czy mówić głośno o zazębianiu się opresji czy raczej sprytnie wymyślić jakąś inną strategię. Niektórzy na przykład mówią, że łączenie kwestii praw zwierząt z anarchizmem jest niekorzystne, bo on jest niszowy i się źle kojarzy.

GJ: No i ta stylistyka: czarne tło, czerwone litery… Tzw. zwykły człowiek ucieknie z takiej strony zanim przeczyta pierwsze zdanie.

DG: No właśnie. Współczesny ruch prozwierzęcy lepiej rozumie zasady skutecznej perswazji i kreowania przekonywującego wizerunku. Wciąż jednak ten ruch to pewien rodzaj awangardy, wymagającej dosyć dużo od ludzi. Pytanie: czy można brać na siebie dwie lub trzy awangardy w pakiecie? „Zmień się wobec zwierząt, ale bądź lepszy, ba!, dokonaj rewolucji, jeszcze tu i tu”. Są tacy, którzy mówią, że tak się nie da, że trzeba mówić głównie o jednym. Ja akurat mam doświadczenie w działaniu na rzecz różnych grup – zwierząt i ludzi. Starałem się to łączyć i myślałem, że tak będzie najlepiej. Mam wrażenie, że dobrą strategią jest próbować różnych rzeczy. Najlepiej gdyby ruch prozwierzęcy składał się z wielu organizacji o trochę różnych profilach, wzajemnie się dopełniających. W Polsce to już się zaczyna dziać. Jest Empatia, od której oczekuję rozsądnego przypominania o wartościach i myślenia długoterminowego, są pragmatyczne Otwarte Klatki, które mają teraz niebywałą wręcz dynamikę czy stateczna Viva, która asymiluje środowiska ludzi zajmujących się np. końmi czy adopcjami, ale też lokalne organizacje, jak szczecińska Basta – one wszystkie mają własny, trochę inny profil, wypełniają nieco inną niszę. Mówią odrębnym językiem i trafiają do różnych ludzi.

Nie ma uniwersalnej recepty na zmianę. Wydaje mi się, że różne podejścia funkcjonują na zasadzie symbiozy, w pewnym sensie dając sobie alibi. Empatia może sobie pozwolić na większą „czystość” i bezkompromisowość, bo ktoś inny ubrudzi się kompromisem, który bywa konieczny i korzystny. Otwarte Klatki mogą bez wyrzutów sumienia sięgać częściej po low-hanging fruit, bo pryncypialiści i idealiści konsekwentnie będą artykułować, że na tym się nie powinno kończyć. Upraszczam oczywiście, chcę powiedzieć, że w takiej mieszance tkwi siła. Będzie oczywiście tkwić, dopóki będziemy się szanować, uczyć od siebie i wierzyć we wzajemne dobre intencje.

Warto więc korzystać z różnych strategii, choć nie ze wszystkich dostępnych. Jeśli jakaś strategia zawiera szowinizm, np. działa na rzecz zwierząt łamiąc prawa kobiet albo utowarowiając kogokolwiek, to uważam, że jest to granica, której nie powinno się przekraczać. Bardzo wiele zależy od sposobu formułowania przekazu. To wielka sztuka.

GJ: Raczej żadne z nas nie dożyje czasów, kiedy nie będzie się wykorzystywać zwierząt…

DG: Wiem o tym na pewno.

GJ: …ale czy potrafiłbyś wskazać jakieś minimalne warunki brzegowe, które musiałyby być spełnione, żebyś leżąc na łożu śmierci mógł stwierdzić: „ok, udało się”?

DG: Mam kilka takich punktów. Po pierwsze, chciałbym żeby wegan i weganek w Polsce było powyżej 10 procent. Jest taka koncepcja, że jeśli jakiś ruch społeczny przekroczy 10 procent, to osiąga tipping point, po którym wchodzi do głównego nurtu. Mam wątpliwości, czy ta koncepcja ma solidne podstawy, ale się jej trzymam. Myślę po prostu, że świat z zauważalną, wpływową grupą tych, którzy konsekwentnie odmawiają wspierania krzywdy zwierząt, to dobra inwestycja na przyszłość. Niech ta grupa istnieje, będzie silna i inspiruje do zmian.

Oprócz tego chciałbym widzieć niektóre kampanie jednotematyczne wygrane. Mam szczególnie na myśli kampanie dotyczące cyrków i futer: że w Polsce nie ma przemysłu futrzarskiego i nikt nie strzela batem nad słoniem. Sukces w tym przypadku jest realny i na pewno dodałby nam wiatru w żagle.

W ogóle jestem zwolennikiem kampanii jednotematycznych. Weganizm – tak, ale od czegoś trzeba zacząć. To może być dobra droga dla ludzi, żeby zainteresować się innymi problemami. Znam wielu aktywistów, którzy zaczynali od pikiety pod cyrkiem, a kończyli jako świadomi aktywiści działający na wielu polach.

I jeszcze jedno. Chciałbym kiedyś, wchodząc do księgarni, móc widzieć regał o nazwie „animal studies„, a na nim przedruki wszystkich tych książek, po których przeczytaniu mam ciarki. Chcę widzieć wzrost i rozwój tej dziedziny wiedzy. Widzieć uniwersytet, na którym się o takich rzeczach mówi. Chciałbym umrzeć pod takim regałem.

Zobacz więcej wpisów w kategorii Czytelnia