Hotele dla owadów: dobra praktyka czy bezmyślna moda?

siemaszko2

W ostatnich latach zapanowała moda na miejskie pszczelarstwo. Tymczasem hodowla pszczoły miodnej nie jest jakimkolwiek rozwiązaniem wspierającym ochronę zapylaczy. W rzeczywistości może być nawet zagrożeniem dla bioróżnorodności w miastach. Dlaczego? – rozmowa z Magdaleną Siemaszko badającą polskie hotele dla owadów.

 

Gabriela Jarzębowska: Spacerując po polskich miastach często widuję domki dla owadów, ale nigdy nie udało mi się tam dostrzec pszczół. To jakiś trend czy po prostu mam pecha?

Magdalena Siemaszko: Nie mogę oprzeć się pokusie, by odpowiedzieć najbanalniej: być może nie zauważyłaś ich dlatego, że pszczół, czy raczej w ogóle zapylaczy, jest coraz mniej – informacje o globalnym kryzysie zapyleń i wymieraniu owadów zapylających docierają już do nas z każdej strony. Ale być może także dlatego, że takie sztuczne gniazda nie są wcale aż tak cudownie skutecznym pomysłem, jak mogłaby na to wskazywać wszechobecna moda. Mnie akurat udało się kilka razy zaobserwować pszczoły korzystające z hoteli dla owadów, postawionych przez Greenpeace w 2014 roku. Zbadałam ich łącznie 27, w pięciu miastach Polski. W ramach tego projektu – pierwszej edycji akcji “Adoptuj Pszczołę” – ustawiono 100 hoteli w obrębie zielonych terenów, głównie parków kilkunastu miast w kraju.

fot. Magdalena Siemaszko

Gorzej wygląda sytuacja w przypadku innych hoteli, na przykład tych zrealizowanych ze środków warszawskiego budżetu partycypacyjnego. Moim zdaniem ten projekt jest dosyć nieprzemyślany, zarówno pod względem wykonania, jak i lokalizacji, często sprawiających wrażenie zupełnie przypadkowych. Z tego, co obserwowałam, wynika, że te “domki dla skrzydlatych pasiastych przyjaciół” praktycznie w ogóle nie są zamieszkane. Ale nie dziwi mnie to zupełnie – jak przed własnym domem zobaczyłam jeden taki domek powieszony na drzewie, w cieniu, tuż przy betonowym placyku, to wiedziałam, że to po prostu nie ma prawa działać. A warto pamiętać, że często bardzo subtelne różnice dotyczące temperatury, odległości od dostępnego pokarmu, poziomu nasłonecznienia czy orientacji w terenie są kluczowe. Poza tym, w przeciwieństwie do projektu Greenpeace’u, z tego co wiem, te domki nie były sztucznie zasiedlane.

GJ: Ale nawet w przypadku tych Greenpeace’owskich pszczela populacja zachowała się w zaledwie kilku domkach na 27. Mało. Wiadomo, jak duże populacje owadów zasiedlają poszczególne hotele? Jak to się rozkłada procentowo?

MS: Z moich badań wynika, że statystycznie średnie procentowe zasiedlenia oscylują wokół kilku procent, czyli bardzo mało. Moja pierwsza refleksja po badaniach była taka, że to nie działa. Ale też nie ma z czym porównywać. W Europie nie ma żadnych badań, które by mogły wskazywać, jak duży procent zasiedleń powinniśmy mieć, żeby mówić o jakimkolwiek sukcesie. Jedyne, analizujące funkcjonowanie sztucznych hoteli dla zapylaczy, to kanadyjskie badania „Bee Hotels as Tools for Native Pollinator Conservation: A Premature Verdict?” zespołu MacIvore i Packer, prowadzone w Toronto przez 3 lata, podczas których zbadano 600 hoteli dla owadów. Konkluzja z tych badań nie była zbyt wesoła. Oni wręcz postulują, że moda na stawianie hoteli dla owadów, która wytworzyła się bardzo szybko w ostatnich latach, jest dosyć bezmyślna i należy się zastanowić, czy to w ogóle spełnia swoją funkcję. Bo takie projekty zakładają stawianie hoteli dla dzikich zapylaczy, tymczasem okazało się, że przyciągają głównie pasożyty, a jeśli pszczoły, to gatunki nierodzime. No i drapieżniki, takie jak osy, które atakują pszczoły.

Moja główna hipoteza jest taka, że ważniejsze od hoteli jest środowisko, w którym one powstają. Hotele mają na celu zastępowanie dotychczasowych siedlisk, które już prawie nie istnieją, m.in. ze względu na zanik tradycyjnej architektury. Pamiętajmy, że większość gatunków owadów, oprócz tych gniazdujących w glebie, jest związanych z konkretnymi materiałami, takimi jak słoma czy glina, które dawniej były często obecne w budownictwie, zwłaszcza na wsi, a teraz o nie coraz trudniej. Hotele mają więc zastępować takie struktury. Ale to tylko jeden aspekt. Drugi, moim zdaniem znacznie ważniejszy, to środowisko dostarczające przede wszystkim bazy pokarmowej. Badałam więc, jakie kwiaty rosną wokół hoteli, czy dużo jest przestrzeni zielonej, powierzchni nieprzepuszczalnej i w którym miejscu w mieście są położone hotele, korytarze ekologiczne między nimi. Wynik moich badań jest taki, że właściwie niezależnie od materiału, z którego wykonany jest domek, kluczowy dla obecności zapylaczy jest stopień zazielenienia okolicy.

GJ: Czyli raczej sadźmy kwiaty w mieście zamiast budować hotele?

MS: Zdecydowanie tak. Oczywiście nie chodzi o to, żeby zupełnie zarzucić pomysł budowania hoteli, ale jeśli zależy nam na wspieraniu pszczół i innych zapylaczy zacznijmy od zmiany sposobu naszego myślenia o zieleni w mieście. Najważniejsze, moim zdaniem, jest kompleksowe podejście do siedliska. Chodzi o to, żeby miasto faktycznie stało się miejscem przyjaznym owadom, zachęcającym je do osiedlania się i rozmnażania, oferując wszystkie najważniejsze elementy, przede wszystkim pożywienie. A w mieście wbrew pozorom wcale nie jest to takie trudne.

fot. Magdalena Siemaszko

Tu zresztą ujawnia się ciekawa różnica między wsią a miastem. Wydaje się, że kiedyś owady były głównie związane z terenami wiejskimi. Teraz te tereny się kurczą, a poza tym mocno zmieniły strukturę. Głównym winowajcą wymierania zapylaczy jest oczywiście intensywne rolnictwo, czyli przede wszystkim monokultury, powodujące zanik różnorodności roślin, ale też dawnej struktury przestrzennej, z miedzami i miejscami leżącymi odłogiem, gdzie pszczoły mogą się gnieździć. Do tego dochodzi chemizacja – głównie pestycydy systemowe – oraz na przykład, o czym może warto przypomnieć w polskim kontekście, wypalanie traw, niszczące miejsca zimowania owadów. Owady uciekają więc do miast. I to być może jest właśnie duża szansa, bo zmiana intensywnego rolnictwa jest bardzo trudna, o ile nie niemożliwa, tymczasem w miastach mamy większy wpływ na to, jak kształtujemy przestrzeń wokół nas, nie ma też np. silnych argumentów za używaniem chemii. To w dużej mierze od mieszkańców zależy, czy będziemy używać środków chemicznych do zwalczania komarów w parku albo walki z niechcianymi roślinami. Możemy założyć, że zostawiamy część z nich, tak aby stały się atrakcyjnymi wizualnie elementami krajobrazu, a jednocześnie wspierały owady.

GJ: Niestety, w polskich miastach nadal panuje terror krótko przyciętego trawnika. Trudno przekonać do dzikich kwiatów zarówno decydentów, jak i mieszkańców, bo dominuje myślenie, że wprowadzają chaos estetyczny.

MS: To prawda. Podczas moich badań prowadziłam analizę florystyczną terenu obok hoteli. Gdy w jednym miejscu w Łodzi przyszłam wiosną na miejsce, okazało się, że duża grupa ogrodników właśnie kończy kosić trawnik, ogołacając doszczętnie cały teren z kwiatów, niemalże do gołej ziemi. Nie miałam już czego liczyć. To niestety dosyć powszechny widok. Trzeba więc zacząć od zmiany myślenia o „chwastach”. W ogóle pojęcie chwastu to wymysł człowieka, związany raczej z rolnictwem, rozważaniami o produktywności i efektywności, bez uwzględnienia nie tylko np. walorów estetycznych tych roślin, ale też wielu ważnych funkcji, które spełniają w ekosystemach. W wielu krajach panuje już trochę inne myślenie, dotyczące nie tylko chwastów i strzyżenia trawy, ale też szerzej – miejsca przyrody w mieście. Na przykład w miejskim parku w Berlinie jeśli wycina się gałęzie, to zostawia się je na miejscu, ewentualnie odpowiednio układając…

GJ: …albo robi się krawężniki ze starych, spróchniałych pni drzew, które dzięki temu nadal pełnią swoją funkcję, dając pokarm i schronienie wielu gatunkom. Nie usuwa się też próchna, spore fragmenty trawy są niewykaszane, pozostawia się rozległe ostoje zieleni.

MS: No właśnie, oni się już nauczyli, że wspieranie miejskiej bioróżnorodności ma wartość. Mam nadzieję, że i u nas takie pomysły zaczną być wdrażane. Ale ważne też, żeby podobne rozwiązania były akceptowane społecznie. Wiele osób ma z tym jeszcze chyba problem, bo panuje przekonanie, że park miejski powinien być uporządkowany. Wnioskując jednak z rozmów, które przeprowadziłam ze spacerowiczami w warszawskich parkach, dużo osób uważa, że parki powinny być przede wszystkim przystępne – takie, gdzie można przyjść z kocem i położyć się na trawie, odpocząć, gdzie dzieci mogą pobiegać razem z psem spuszczonym ze smyczy. Jako ulubione miejsce wskazywali bardzo często Pola Mokotowskie, które kojarzą się właśnie z taką swobodną, niezobowiązującą przestrzenią. Wielu rozmówcom podobają się też takie pomysły, jak wprowadzanie łąk kwietnych czy większej ilości rabat z rodzimych roślin które mogą być przecież atrakcyjnym elementem architektonicznym w parku czy wzdłuż ulic.

GJ: Możesz wskazać jakieś konkretne gatunki przyciągające owady zapylające? Załóżmy, że mam mały ogródek albo balkon w mieście i chciałabym wspierać bioróżnorodność. Co powinnam zasadzić?

MS: Na pewno lepsze będą rodzime rośliny, tradycyjne, znane np. z ogródków naszych babć. “Dziwne”, egzotyczne odmiany mogą np. zawierać o wiele mniej, o wiele słabiej dostępnego pokarmu. Zioła, takie jak oregano i mięta, choć może nie kojarzą nam się z kwitnieniem, bardzo przyciągają owady. Hyzop, ostróżki, dzwonki, malwy, chabry i inne dobrze znane kwiaty są zazwyczaj pełne atrakcyjnego nektaru i pyłku. Powszechne występujące rośliny, głównie z rodziny astrowatych i bobowatych, jak np. koniczyny, jasnota biała, lucerna, krwawnik, a także przetaczniki, jaskry, wrotycz czy świerzbnica – wystarczy ich nie kosić, a będą już świetnym źródłem pokarmu dla zapylaczy. A także, często bardzo ozdobne, szałwie i lawendy, szczególnie lubiane również przez motyle. Istotną rolę odgrywają także drzewa i krzewy, np. lipy, głogi czy wierzby. Te ostatnie szczególnie ważne dla wczesnowiosennych owadów. W ogóle bardzo istotnym aspektem jest sezonowość – tworzenie takich łąk i rabat, żeby pokarm dostępny był jak najdłużej, dla pszczół o różnych upodobaniach terminowych.

GJ: Skoro lepiej sadzić kwiaty, to czy w ogóle możemy mówić, że hotele dla owadów spełniają jakąś funkcję?

MS: Moim zdaniem najważniejsza funkcja, którą spełniają te hotele, to funkcja edukacyjna. Wszczęcie debaty publicznej na ten temat, poszerzenie świadomości ludzi. Skala biologiczna rządzi się trochę innymi prawami. Owady liczą się w tysiącach, dziesiątkach tysięcy. Więc jeśli nawet postawimy kilkadziesiąt domków w mieście, to z punktu widzenia przyrodniczego nie zrobi to chyba aż takiej wielkiej różnicy… Natomiast z punktu widzenia ludzi i ich podejścia znaczenie może okazać się naprawdę ogromne. Mieszkańcy miast zainteresują owadami, zaczną o nich rozmawiać, myśleć, zastawiać się, co one naprawdę jedzą, a potem może zdecydują się posadzić więcej kwiatów?

Zastanawiam się też, czy nie warto przemyśleć lokalizacji i samych projektów hoteli, tak aby bardziej zwracały uwagę ludzi, umożliwiały przyglądanie się pszczołom i poszerzanie wiedzy. Kilka razy moi rozmówcy proponowali takie rozwiązania, jak np. szklane ściany w domkach, żeby ludzie mogli oglądać pszczoły z bliska. Niestety, świadomość społeczna w temacie pszczół nadal nie jest chyba wysoka, ale najważniejsze, że mnóstwo osób jest po prostu bardzo ciekawych, wystarczyłoby dobrze to wykorzystać. Wiele osób jednak np. boi się podchodzić do domków z obawy, że pszczoły żądlą.

GJ: A nie żądlą?

MS: Żądli tylko pszczoła miodna, ale żeby zostać użądlonym, trzeba się naprawdę postarać. Czyli na przykład na niej usiąść.

GJ: Pszczoła miodna chyba nie jest Twoim ulubionym gatunkiem?

MS: Kiedy mówimy o kryzysie zapyleń, zazwyczaj przywołujemy pszczołę miodną. To sprawia, że w świadomości ludzi istnieje tylko ten gatunek. Tymczasem jest on tylko jednym z 500 gatunków pszczół występujących w Polsce. Pszczoły są bardzo różne i spełniają różne funkcje ekosystemowe, skoro już patrzymy na to z pragmatycznego punktu widzenia. Jeśli chodzi o zapylanie, wiele gatunków może robić to lepiej. Poza tym są rodzimymi owadami, przystosowanymi do zapylania rodzimych roślin, co np. może pozwalać wspierać ginące obecnie chwasty. W ostatnich latach zapanowała moda na miejskie pszczelarstwo, ludzie w miastach otwierają swoje pasieki. Ale jakby się zastanowić z perspektywy innych zapylaczy, to pszczoła miodna jest hiperkonkurencyjna.

GJ: Czyli, mówiąc prościej, „przebojowa”.

MS: Jest silniejsza konkurencyjnie, potrafi dalej latać i nie ma w tym względzie preferencji – upraszczając, zapyla prawie wszystko, co znajdzie na swojej drodze. Jeśli zje wszystko dookoła, to dla innych zapylaczy nie ma już pokarmu, a niektóre z nich odżywiają się tylko konkretnymi gatunkami roślin. Właściwie więc pszczoła miodna i jej hodowla nie jest jakimkolwiek rozwiązaniem, jeśli mówimy o ochronie zapylaczy.

Najprostszy przykład: hotele w warszawskim Ogrodzie Botanicznym – zasiedlane są bardzo chętnie, co zupełnie nie dziwi, bo rośnie tam mnóstwo bardzo różnych roślin. Ponadto pobliska Skarpa Warszawska jest fantastycznym korytarzem ekologicznym. Ale jak mówi mój promotor, specjalista od zapylania dr. hab. Marcin Zych, od kilku lat obserwujemy tam coraz mniejszą różnorodność gatunków. Za to pojawia się coraz więcej pszczoły miodnej. Łączyć to można z faktem, że niedaleko jest Jazdów oraz Sejm. A w obu tych miejscach znajdują się od niedawna pasieki. Nie twierdzę, że nie powinno ich być. Ale nieprawdą jest też, że receptą na wspieranie sieci zapyleń w mieście jest zakładanie miejskich pasiek. W rzeczywistości może być raczej odwrotnie.

Zobacz więcej wpisów w kategorii Czytelnia