Niezidentyfikowane szczątki zwierzęce, czyli gatunkowizm i sztuka

Łagodzkagłówne

To miało być takie radykalne działanie, przekraczanie własnych granic, cielesności, psychiki. Jednak w tym najbardziej ekstremalnym wymiarze, śmierci, posłużono się kimś innym – zwierzęciem.

Z Dorotą Łagodzką, historyczką sztuki z WAL UW, w przeddzień ukazania się książki „Śmierć zwierzęcia. Współczesne zoontologie” pod red. Marzeny Kotyczki rozmawia Gabriela Jarzębowska

 

Gabriela Jarzębowska: Co to jest antygatunkowistyczna historia sztuki?

Dorota Łagodzka: To jest pojęcie, którego użyłam na swoim blogu na początku, czyli jakoś w 2009 roku, chociaż tak naprawdę nie funkcjonuje ono szerzej w dyskursie naukowym. Jest to spojrzenie na sztukę, które dostrzega mechanizmy gatunkowizmu. Niektórzy artyści świadomie podejmują problematykę związaną z wykorzystywaniem zwierząt, krytycznie analizują nasze relacje ze zwierzętami. A z drugiej strony – i to jest jak dotąd mój główny obszar zainteresowań – sztuka, jako jedna z ludzkich aktywności, sama jest uwikłana w mechanizmy szowinizmu gatunkowego, choćby dlatego, że również używa zwierzęcych ciał jako materiału, że zwierzęta są dla sztuki zabijane i wykorzystywane w różny sposób. Czasami wynika to z nieświadomości i niewrażliwości artystów pakujących zwierzęta w sytuacje, które są dla nich nienaturalne, powodujące dezorientację, np. zamykanie w galerii.

GJ: Ale artyści często argumentują, że ich działania uwidaczniają naszą hipokryzję – oburza nas instalacja z martwych ciał zwierząt, a na obiad te same zwierzęta zjadamy. Sztuka ujawnia zakłamanie czy sama jest zakłamana?

DŁ: Chyba jedno i drugie, chociaż moim zdaniem ten argument odwołujący się do społecznej hipokryzji jest naciągany, często używany jest wtórnie, jako forma obrony. Myślę, że można skuteczniej krytykować tą hipokryzję w sposób, który jej nie powiela. I nie powiela przemocy. Nie ma też powodu, by społeczne przyzwolenie na przemoc wobec zwierząt rozszerzać na kolejne pole ludzkiej aktywności, jakim jest sztuka.

GJ: Ale czy sztuka w ogóle powinna być etyczna? Czy powinno nas – widzów – obchodzić, że ktoś w wyniku jakiejś akcji ucierpiał, czy może liczy się sam artystyczny efekt?

DŁ: Jest taka tendencja – moim zdaniem niesłuszna – oczekiwania od sztuki, żeby była dobra i piękna. Pewne rzeczy akceptuje się poza sztuką, a te same rzeczy w sztuce nas oburzają. Ale jest też odwrotna tendencja – przekonanie pokutujące przede wszystkim w świecie artystycznym – że w sztuce wolno więcej. Tymczasem sztuka jest po prostu jedną z form ludzkiej aktywności. Artysta nie jest ani nadczłowiekiem, któremu wolno więcej, ani też nie jest zobowiązany do bycia kimś lepszym niż reszta społeczeństwa. Nie mamy prawa oczekiwać od sztuki tylko rzeczy dobrych i pięknych – to nie jest jej zadanie. Ale nie powinniśmy też pewnych rzeczy usprawiedliwiać tylko dlatego, że dokonują się w ramach sztuki.

GJ: Trudno nie odnieść się tutaj do najbardziej emblematycznego przykładu tendencji, o której mówisz, czyli dyskusji wokół „Piramidy zwierząt” Kozyry, bo ona jak w soczewce skupia w sobie różne aspekty tego problemu. Z jednej strony – praca uważana za klasykę polskiej sztuki krytycznej, wielkie dzieło, którego wręcz nie wypada kontestować. Z drugiej – w ostatnim czasie pojawia się coraz więcej głosów pytających o etyczne uwikłanie tej i innych prac tego nurtu.

Łagodzka 1

DŁ: Po pierwsze – wcale nie musimy mówić o „Piramidzie zwierząt” jako o wielkim dziele. Nie jestem pewna, czy w ogóle w sztuce najnowszej istnieje taka kategoria, jak „wielkie dzieło”. Ale faktycznie, gdy przy okazji retrospektywnej wystawy Kozyry w Zachęcie opublikowałam pierwszy krytyczny wobec tej pracy tekst w „Arteonie” – warto dodać, że wtedy pod redakcją Magdaleny Moskalewicz – to do redakcji przyszedł anonimowy list, w którym autor wyzywał mnie od histerycznych nastolatek. Oczywiście tej osobie chodziło o mój „sentymentalizm” wobec zwierząt. Jak w ogóle śmiem podważać wielkość takiej „klasyki” sztuki? Przy czym ja nie dyskutowałam z jej wartością artystyczną, lecz z zasadnością etyczną. Ton listu był w gruncie rzeczy dość zabawny, autor bowiem kwestionował moje prawo do krytyki pracy Kozyry, tymczasem tytuł mojego tekstu brzmiał „Nietykalność Piramidy zwierząt, czyli jak ograniczamy dyskurs o sztuce”. Jednak autor nie chciał się ujawnić, więc polemika nie została opublikowana.

„Piramida zwierząt” to faktycznie praca dość sztandarowa, jeśli chodzi o tą tematykę. W moim tekście w książce „Śmierć zwierzęcia. Współczesne zootanatologie” analizuję ją dogłębnie pod względem konfliktu wartości artystycznych i etycznych. Pewne działania wydają nam się nieetyczne, więc staramy się je ograniczyć. Ale czy wtedy oznacza to cenzurowanie sztuki? Gdzie jest wolność sztuki, a gdzie wolność zwierząt i jak one się wzajemnie do siebie odnoszą? To jest trudny problem, który dotyczy nie tylko zwierząt, lecz w ogóle etyki sztuki: gdzie powinna leżeć granica między szanowaniem innych a wolnością wypowiedzi artystycznej? W tej samej publikacji skupiam się na analizie wykorzystywania zwierzęcych ciał w sztuce na przykładzie tej właśnie pracy Kozyry i na procesie zabijania zwierząt jako formie spektaklu. Warto dodać, że w książce jest też tekst innego badacza i krytyka sztuka, Giovanni’ego Aloi, naczelnego świetnego czasopisma „Antennae”.

GJ: Mówiąc o spektaklu zabijania trudno nie odnieść się do akcjonistów wiedeńskich. I tutaj pojawia się ciekawy paradoks. Zazwyczaj zwraca się uwagę na orgiastyczność ich akcji, odniesienie do pierwotnych rytuałów wypartych przez kulturę nowoczesności. Ale rzadko wspomina się o tym, że o ile zwierzęta faktycznie zabijali i torturowali podczas swoich działań, o tyle w przypadku instalacji z ludzkich ciał, takich jak np. „Testowanie artykułów spożywczych” Muehla, posiłkowali się sztucznymi odlewami. Nawet w przypadku tak radykalnych artystów owa orgiastyczność i transgresja jest zatem ograniczona przez świętość ciała – ludzkiego ciała. Możemy zarżnąć zwierzę w galerii, ale z człowiekiem już nie zrobimy tego samego.

Łagodzka 3

DŁ: Akcjoniści w drastyczny sposób używali też ludzkich ciał.

GJ: Ale zazwyczaj własnych.

DŁ: Głównie własnych, ale nie tylko. Różnica jest taka, że wówczas byli to jednak ochotnicy. No i trzymano się pewnych granic – nikogo podczas tych akcji nie zabito, nie zrobiono nikomu poważnej krzywdy. Może tu właśnie leży hipokryzja – to miało być takie radykalne działanie, przekraczanie własnych granic, cielesności, psychiki. Jednak w tym najbardziej ekstremalnym wymiarze, śmierci, posłużono się kimś innym – zwierzęciem. Zresztą to nie jest rzadki przypadek, że w przypadku człowieka artyści się jednak hamują. Może po prostu skoro wychowali się w takiej kulturze, mają zakodowaną pewną granicę. A może jedyne co ich powstrzymuje, to prawo, które chroni ludzi bardziej niż zwierzęta.

GJ: Ten aspekt kulturowy jest w ogóle bardzo ciekawy. Nasunął mi się przykład zagłodzenia psa przez Guillermo Vargasa w galerii w Nikaragui. W Europie spotkało się ono z bardzo negatywnym przyjęciem, ale nic mi nie wiadomo, żeby tam na miejscu były w związku z tym jakieś protesty, żeby ktoś próbował jakiejś interwencji. Być może nas, Europejczyków, trochę inne rzeczy szokują. Nie jest tajemnicą, że w Nikaragui problem strasznie wygłodzonych, umierających psów na ulicach jest palącym problemem. Między wnętrzem a zewnętrzem galerii była więc podczas akcji Vargasa swoista symetryczność. W Polsce psy rzadko umierają na ulicy. Świnie i krowy zabija się w rzeźniach – i to jest „ok”, bo tego nie widzimy. Ale śmierć psa to w naszej kulturze temat tabu.

Łagodzka 4

DŁ: Faktycznie, ta praca ma silny kontekst kulturowy. Guillermo Vargasowi chyba chodziło właśnie o to, że ludzie nie reagują na śmierć zwierząt na ulicy, a jednocześnie oburza ich analogiczna śmierć w galerii. Ale wyszło inaczej, bo na wernisażu nikt nie spróbował psa uwolnić, ani nawet napoić czy nakarmić. Nikt nie powiedział, że zabiera go stąd i idzie do weterynarza. Więc może faktycznie rzeczy, które są powszechne w danej kulturze, w jakiejś mierze kształtują wrażliwość ludzi. Ale z drugiej strony – w każdym kraju, w każdej kulturze ludzie są bardzo różni. Byli też tacy, których to oburzyło – i niektóre podpisy na petycji przeciwko powieleniu tej pracy na Biennale Ameryki Centralnej w Hondurasie są podpisami osób z Nikaragui właśnie. A pamiętajmy, że w Europie też były bardzo dziwne performensy, które wiązały się z zabijaniem zwierząt. Pierwszy przykład z brzegu – duńska wystawa „Helena” Marco Evaristtiego w Muzeum Sztuki Nowoczesnej Trapholt w Kolding w 2000 roku. Były tam umieszczone podłączone do prądu miksery, w których pływały rybki. Widzowie mieli wybór, czy nacisną przycisk miksera, czy nie. Artysta zostawił im odpowiedzialność. I okazało się, że przycisk został naciśnięty przynajmniej kilka razy. Więc u nas też dzieją się takie rzeczy. Ale faktycznie – w różnych kulturach poszczególne gatunki są różnie traktowane. Na niektóre my, Europejczycy, mamy mniejszą wrażliwość, a na inne większą.

GJ: O ile ciekawa jest sama reakcja widzów na takie akcje, to chyba jeszcze ciekawsza wydaje wtórna wobec niej reakcja artysty. Wydawałoby się, że jeśli celem danego działania jest faktycznie ukazanie hipokryzji, to ona powinna być wezwaniem do jakichś form performatywnych ze strony widzów. Tymczasem często artysta traktuje interwencję odbiorców jako zaburzenie jego „show”, tak jak było z torturowaniem homara przez Garcię we Wrocławiu.

DŁ: No tak, akurat w przypadku Garcii to mi się wydawało śmieszne i żałosne, że on się oburzył na tą reakcję. Czego oczekiwał? Czasami jednak wydaje mi się, że artyści celowo podejmują jakieś działanie, które ma być swoistym eksperymentem psychologiczno-socjologicznym. Na przykład akcja Ricka Gibsona ze szczurem Sniffym. Nadano mu „słodkie” imię, publiczność mogła zobaczyć, jak on wygląda. A potem dowiedziała się, że szczur miał być zmiażdżony wielkim kamieniem. Ale ponieważ wywiązał się dialog z publicznością, pojawiły się reakcje z jej strony, szczur ostatecznie nie został zabity. Interakcja artysty z publicznością stała się tym samym częścią tej pracy. Zatem artysta albo w trakcie akcji zmienił zdanie, albo od początku taką reakcję publiczności założył. Ale to już dość stara historia, z 1989 roku.

GJ: Zatem tutaj mieliśmy happy end. Ale czy w przypadku większości akcji, do których wykorzystuje się żywe zwierzęta, wiemy, co się z nimi później dzieje? Czy jest tak, że wystawa się kończy, a zwierzę znika?

DŁ: To jest jeden z największych problemów dla osoby, która chce pisać o tego rodzaju sztukce: dowiedzieć się, skąd te zwierzęta się wzięły i co się potem z nimi stało. Często to jest praktycznie niemożliwe. Trzeba się tego dowiadywać od artysty, ale często trudno się z nim skontaktować lub takich informacji niechętnie udziela.

GJ: Jeśli niechętnie udziela, to nie napawa to optymizmem.

Łagodzka 6DŁ: Problem jest też taki, że ani artyści, ani galeria, ani kuratorzy nie czują się zobowiązani do tego, żeby takie informacje umieścić, bo uważają je za nieistotne. Mamy jakieś dzieło, jest autor, tytuł pracy, ale nie mamy żadnych informacji, skąd te zwierzęta się wzięły, co się z nimi potem stanie. Na kuratorowanej przeze mnie ostatnio wystawie „Ecce Animalia” były dwie prace zawierające elementy ciał zwierząt. Ale artystka, Angela Singer wyjaśnia, że są to elementy użyte wtórnie, że żadne zwierzę nie zginęło, aby mogły powstać. To mogło być jakieś stare trofeum myśliwskie albo zwierzę rozjechane na ulicy. Oczywiście pojawia się wtedy pytanie dotyczące symbolicznej wagi martwego ciała (pojęcie użyte przez Steve’ a Bakera) – czy mamy prawo go użyć, czy należałoby raczej je pochować. Ale to jest już wymiar symboliczny, tymczasem dla zwierząt ma znaczenie przede wszystkim wymiar bezpośredni. Zwierzęta z prac Singer nie zostały zabite ani nie cierpiały dla sztuki. Dlatego zdecydowałam się umieścić tą informację, bo uważam ją za ważną. Ale niestety najczęściej się tego nie robi.

GJ: Myślisz, że strategie artystyczne mogą być wykorzystywane też w aktywistycznych działaniach prozwierzęcych funkcjonujących poza kontekstem sztuki?

DŁ: Na pewno taka forma, jak happening, jest już od dawna integralną częścią działań aktywistycznych, choć zazwyczaj takie akcje nie mają wartości artystycznej. Ale są wyjątki, takie jak działania hiszpańskiej organizacji Igualdad Animal. Regularnie robi ona akcję polegającą na tym, że grupa osób staje na dużym placu w centrum miasta i każde z nich trzyma na ręku martwe zwierzę. Najczęściej są to zwierzęce dzieci i niemowlęta, głównie gatunków wykorzystywanych w przemyśle spożywczym. Ta akcja ma w sobie ogromną siłę, jest ciekawa estetycznie, ale nie jest to pusta estetyka. Stoją w milczeniu – i to milczenie też ma ogromną moc.

Łagodzka 5

Zobacz więcej wpisów w kategorii Czytelnia